Świat po Wenezueli

Wokół nas rozgrywa się geopolityczny kryminał. A w kryminale, wiadomo: żeby rozwiązać zagadkę, trzeba znaleźć motyw. Naszą zagadką jest Donald Trump. Nie to, co robi i co planuje, bo choć notorycznie zaprzecza sam sobie, z jego powalonego bełkotu wyłania się kierunek. Pytaniem, na które ostatnio pada wiele – według mnie kompletnie fałszywych – odpowiedzi, jest nie: co?, ale: dlaczego?

„Atakiem na wenezuelski reżim Ameryka wysyła silny sygnał przywódcom Rosji i Chin…” – tak twierdzi administracja Trumpa. Prawie uwierzyłam. Zanim dotarło do mnie, że to ściema. I że właśnie wali się znany mi świat.

Wczoraj przed snem moją świadomość musnęła niewiarygodna i przerażająca myśl: Putin wiedział o ataku na Wenezuelę. Przespałam się z tym, minęła doba. Dziś jestem tego pewna. Putin wiedział i wydał na niego zgodę.

Pytanie: dlaczego Donald Trump, przywódca najpotężniejszego mocarstwa na świecie, potrzebuje dla swoich działań błogosławieństwa Putina – satrapy zapyziałej krainy z walącą się gospodarką – to pytanie tylko pozornie trudne. Oto odpowiedź. Wszystko, co od wielu lat wyprawia Trump, co ostatnio wydaje się nam tak irracjonalne, tak bezczelnie durne i koszmarnie nielogiczne, dowodzi tego, że Putin trzyma go mocno za cojones, czy co tam z nich zostało.

Że KGB (dziś FSB) zbiera kwity, wiemy wszyscy – ono już tak ma. Od czterech dekad zbierało kwity na Trumpa, a miało do tego wiele doskonałych okazji. I zebrało taki wór, że w tej chwili służby Putina rządzą światem za pośrednictwem Białego Domu. Macie wątpliwości? Trump od prawie 40 lat, już jako znaczący deweloper, odwiedzał Rosję, często na zaproszenie i koszt ruskich oligarchów. Czy ktoś z was wątpi w powiązania ruskich oligarchów z ruskim rządem i służbami? Czy ktoś z was wątpi w szczególną staranność i kompetencję tychże służb w zbieraniu haków na możnych tego świata? Pod ruską lupą byli wszyscy liczący się zachodni biznesmeni, którzy nie stronili od kontaktów z Rosją. Że Trump nie stronił, to naprawdę mało powiedziane. Jak choćby w 2013 r., gdy pławił się w moskiewskich luksusach jako gospodarz finału Miss Universe. Czy komuś z was wydaje się, że zebranie haków na niego – ogłupionego własną mitomanią notorycznego erotomana i narcyza – było trudne? Dla FSB to były złote żniwa. Myślę, że od filmów, zdjęć i nagrań rozmów z udziałem 45 i 47 prezydenta pęka niejeden sejf.

Te same cechy, które pozwoliły tak łatwo go „udokumentować”, nie pozwoliły mu w porę połapać się w tej grze, w którą ruscy po prostu umieją lepiej. Dlaczego mimo to trzykrotnie zdecydował się kandydować na urząd prezydenta, nie pytajcie – nie mam pojęcia! Prawdopodobnie narcyzm, chciwość itd. zaślepiają.

Trump jest w matni. Dlatego rzuca się jak karp w wiadrze, dlatego co miesiąc stawia Putinowi kolejne ultimatum, które następnie spuszcza w klozecie. Każde z tych ultimatów ma tylko jedno zadanie: powinno wybrzmieć w przestrzeni międzynarodowej głośnym echem i przekonać nas, że Trump stoi po dobrej stronie mocy. Że potępia działania Putina i że go mocno dociska. I każde z nich to zadanie spełnia! Media demokratycznego świata z uznaniem odnotowują, że „tym razem Trump jest z Putina naprawdę niezadowolony”. „Trump jest wściekły!” – to też czytałam wiele razy. I co robi wściekły Trump? Czy wprowadza zabójcze sankcje? Daje gwarancje bezpieczeństwa Ukrainie? Nic z tych rzeczy. To tylko kolejny obrót obłąkańczego diabelskiego młyna.

Donald Trump jest w matni i w defensyfie, ale wciąż jest po prostacku sprytny. Dlatego próbuje stworzyć wrażenie, że wszędzie widzi tylko biznes, że interes gospodarczy USA przesłania mu wszystko inne. Ma to tłumaczyć jego nieludzkie podejście do Ukrainy i jego wierutne kłamstwa nt. praprzyczyn i winowajców ruskiej agresji. „Trump nie chce już być moralnym przywódcą wolnego świata. On jest czystej krwi biznesmenem!” – słyszymy od miesięcy w europejskich mediach. Ale to bullshit!

Owszem, Trump chce, żebyśmy takim go widzieli: jako bezwzględnego człowieka interesu, który patrzy dalej niż my i widzi lepiej. Który prze jak taran, podważając sojusze, łamiąc międzynarodowe konwencje, depcząc zasady, plując na cywilizacyjne normy i dobre obyczaje, bo tylko w ten sposób może zadbać o interesy i przyszłość USA. Chce, żebyśmy wierzyli, że jego ustępstwa wobec Rosji mają na celu wyłącznie przyszłe korzyści gospodarcze Ameryki. Taki rysuje nam Donald obrazek.

Tymczasem ten człowiek miota się w pułapce bez wyjścia. Każdy telefon od Władimira Władimirowicza powoduje u niego zwrot przez sztag: kategoryczne wyparcie się prozachodniej strategii i ochocze przejmowanie ruskiej retoryki. Po każdym kontakcie z Kremlem Trump przez kolejny tydzień komunikuje się ze światem językiem Putina. Pozwala mu to zachowywać balans: po jednym kroku w przód (w domyśle – w stronę dotychczasowych europejskich sojuszników) robi dwa kroki w tył, co sprawia, że po pewnym czasie znów może uspokoić zachodnią opinię publiczną, robiąc kolejny krok w przód. Arytmetyka pozostaje jednak bezlitosna – bilans kroków jest ujemny: amerykański rząd coraz bardziej zbliża się do Rosji. Czy naprawdę ktokolwiek wierzy, że Trump robi to z własnej nieprzymuszonej woli? Że jest aż tak głupi, aż tak krótkowzroczny? Że świadomie wystawia się na pogardę cywilizowanego świata, szczerze przy tym licząc, że ten świat da mu Pokojowego Nobla?

Otóż aż tak głupi nie jest nawet on. Wszystko, co robi, robi pod przymusem. A my jesteśmy właśnie świadkami narodzin nowego porządku świata, którego akuszerem jest tylko i wyłącznie Putin. To on kieruje niczym marionetką prezydentem Stanów Zjednoczonych. To on decyduje, jakie demokratyczne ochłapy Trump może rzucić krajom UE i NATO. Jakie i kiedy. To on mówi mu „stop”, kiedy uzna, że pomarańczowy chłopak zagalopował się i przegiął. A Trump, szantażowany materiałami, których nawet jego wierny elektorat może nie przełknąć, i które mogą pozbawić go wszystkiego: stanowiska, pieniędzy, prestiżu, a może i wolności, robi co dziadzia Wania każe.

Owszem, Putin też jest w swego rodzaju potrzasku. Trafił cudownie: na gościa, którego rozgrywa jak chce, który jest dla niego za głupi i za krótki. Ale nawet on tańczy na cienkiej linie. Bo jak długo będzie działał szantaż? Tylko do końca amerykańskiej prezydenckiej kadencji. Ujawnienie mechanizmu wcześniej jest raczej niemożliwe – dowody tajemniczych ekscesów lokatora Białego Domu to z pewnością jedne z najpilniej strzeżonych materiałów w historii ruskich służb. Pytanie, co potem? Daję głowę, że skala ingerencji Rosji w kolejne wybory prezydenckie w USA będzie porażająca. Ale Putin wie, że drugi taki rozmoczony cukiereczek już mu się nie trafi. Ma poza tym świadomość swego rodzaju klinczu. No bo co się wydarzy, jeśli jego służby ujawnią bezeceństwa pomarańczowego? Owszem, będzie trzęsienie ziemi, zawali się przypuszczalnie obecna amerykańska administracja. Smród i sromota sięgną stratosfery. Ale w tym samym momencie, w którym Trumpa będą stawiać przed trybunałem stanu (bo pewnie ma na koncie znacznie więcej grzesznych układów, niż tylko seksualne wybryki), Rosja straci Narzędzie. I wszelką kontrolę nad polityką Waszyngtonu. To tak, jakby się położyła na plecach łapkami do góry.

I to jest powód, dla którego Putin „moderuje” swoją relację z Trumpem. Dla którego jednak na coś mu pozwala i na coś się z nim umawia. Bo nie chce go przetrenować. Obaj grają o wszystko; bez znaczącego sukcesu w Ukrainie, i to w skończonym czasie, ruski reżim też się prawdopodobnie zawali.

Na pytanie, na co się chłopcy umówili, odpowiedź dają nam wydarzenia ostatnich tygodni. Trump, choć głupi narcystyczny mitoman, też jest świadomy ruskiego klinczu. Więc mówi: Władimir, nie możesz mi wiecznie dokręcać śruby! W końcu wszyscy, nawet najgłupsi, połapią się, o co w tym chodzi. A wtedy stracimy obaj. Zróbmy coś, co nas obu zadowoli. Podzielmy się światem, hmm…  na przykład według południków: ty bierzesz półkulę wschodnią (z Chińczykami pomogę, jak mogę), ale ja biorę zachodnią. Rób co chcesz w Ukrainie, weź Mołdowę, łyknij Gruzję… Ale ja biorę Wenezuelę razem z twoją ropą i twoimi komuchami. Tylko pokrzycz trochę na arenie międzynarodowej, że rząd USA łamie wszelkie konwencje. Żeby nie było, że się dogadaliśmy. A jak już ucichnie, to łyknę sobie Kubę – na co ci to zadupie z kilkoma bananami, skoro my dwaj nie planujemy do siebie strzelać?

W ten sposób Trump dostał zgodę na Wenezuelę, a następnie, jak na cwaniaka przystało, świetnie przygotował atak na Maduro, i to nie tylko pod względem operacyjnym. Przygotował też grunt społeczno-polityczny. Od wielu miesięcy przyzwyczajał europejskich sojuszników do myśli, że Ameryka odwraca się do nich zadkiem, że zwraca się w inną stronę, bo ma tam własne problemy. Robił to choćby prowadząc wrzaskliwą kampanię antynarkotykową, przejmując rzekomo przemytnicze statki (nie przedstawił na przemyt żadnych dowodów), jazgocząc o „milionach młodych Amerykanów” umierających z przedawkowania. Atak na Wenezuelę wszedł w tę narrację, jak w masło.

Czy kogoś zdziwiły deklaracje Trumpa na temat zamiarów wobec Grenlandii, które wybrzmiały już kilka dni po porwaniu Maduro? Wszystko się zgadza – Grenlandia to już półkula zachodnia! W dodatku pomarańczowy dziad załatwia w ten sposób dwie sprawy: zaspokaja oczekiwania swojego moskiewskiego guru, bo realnie osłabia Europę, podważając amerykańsko-europejski sojusz i rację bytu NATO. A po drugie: legitymizuje wszelkie działania Putina. No bo skoro przywódca demokratycznego świata może napaść suwerenny kraj i grozić aneksją innego, to znaczy, że wolno. Członkowie amerykańskiej administracji z wielkim zapałem grają w durnia; kilka dni temu usłyszałam, jak jeden z nich pytał (przed kamerami, na oczach świata), jakie to niby prawa i na mocy jakich traktatów ma Dania do grenlandzkiego terytorium. No błagam!!

Nie wiem, jak zakończy się amerykańsko-duńska tragifarsa – tak, tragifarsa, która zmusza członków NATO do obrony członka NATO przed zakusami członka NATO – ale zakładam się o zupę, że po niej kolej na Kubę. W Waszyngtonie cygara będą jeszcze łatwiej dostępne! Z Kanadą może nie pójść tak gładko. Ale w kolejce czekają sypiące się, choć bogate w surowce gospodarki Ameryki Południowej.

A co z Chinami? Trump będzie próbował doraźnie sidlić je cłami i blokować szlaki handlowe, ale w końcu poda im Tajwan na tacy. Ma przy tym pewnie wobec Pekinu odczucia ambiwalentne. Z jednej strony trochę się obawia, że silne Chiny, nie niepokojone nadmiernie, zwasalizują Rosję, zmieniając jej ogromny obszar we własny podręczny magazyn – surowcowy sezam. Ale nie wierzę, żeby Donald nie spał z tego powodu po nocach. Człowieczek, który szczyci się łapaniem kobiet za genitalia i doprasza Nobla wygrażając kijem bejsbolowym, rozumuje w znacznie węższej perspektywie. Nie zawraca sobie głowy względnie odległą przyszłością własnej ojczyzny. A już na pewno nie spędza mu snu z powiek przyszłość świata i  groźba zaburzenia światowej równowagi gospodarczej (już teraz bardzo względnej). Trump boi się tego, co tu i teraz.  Że go ujawnią, że go skompromitują, że zabiorą mu zabawki, a na końcu wsadzą. Że skończą się złocone meble, kąpiele w szampanie, prywatne jety i chętne celebrytki. Że sczeźnie sława i chwała. I że sczeźnie on sam.

A wracając do ambiwalencji jego uczuć wobec Pekinu: Trump, choć wiele zdaje się temu zaprzeczać, jest człowiekiem. I jestem pewna, że wbrew temu, co z zapałem prezentował na Alasce i co powtarza w mediach, szczerze nienawidzi Putina. Owszem, dziko mu zazdrości dyktatorskiego rozmachu, zawistnie podziwia jego bezwzględność i nielimitowane demokracją możliwości. Ale też nie cierpi faceta, który od lat trzyma go za klejnoty kilkoma taśmami, przyprawiając o mdłości ze strachu. Dlatego choć wzmocnione ruskimi surowcami Chiny w przyszłości wyrosną na światowego hegemona, Donald się tym nie przejmuje. Przecież takie rzeczy nie dzieją się z dnia na dzień! On będzie już wtedy daleko, jego rodzina (o ile się o nią troszczy) też gdzieś się bezpiecznie przytuli. A ten cholerny moskiewski zakapior wreszcie zakwiczy pod chińskim buciorem. I przestanie go budzić tymi strasznymi nocnymi telefonami.

Media, zachowując etyczną neutralność, otrąbiły sukces Trumpa, który rzekomo zadał Putinowi bolesny cios, przejmując kontrolę nad Wenezuelą i nad tamtejszymi ruskimi inwestycjami. Zgadza się, były niemałe. Eksperci oceniają, że w ciągu dekady Rosja zainwestowała tam duże kilkanaście miliardów dolarów, których prawdopodobnie długo nie zobaczy. Tyle że przy zamrożonych w Europie ruskich aktywach, pochodzących w dużej części z Rosyjskiego Banku Centralnego (blisko 300 miliardów dolarów), wenezuelskie inwestycje Putina to drobne! Ale co z tego? Rozmrożenie kasy, która mogłaby narobić Moskwie prawdziwej szkody, wymagałoby twardych gwarancji bezpieczeństwa Stanów Zjednoczonych dla wszystkich natowskich sojuszników. Tych gwarancji nie ma i nie będzie; dziadzia Wania ma to przecież przez Donalda obiecane… A co do ropy, pocieszy się własną – w końcu jest najtańsza!

Najzabawniejsze, że świat polityki o tym wszystkim wie. Wiedzą o tym doskonale europejskie ośrodki władzy. I co z tego? Są zbyt słabe, żeby cokolwiek z tą wiedzą zrobić. Za dużo czasu i środków poświęciły na przytwierdzanie nakrętek do plastikowych flaszek. Zbyt długo flirtowały z Moskwą, wikłając się w surowcowe sieci, a z drugiej strony – ignorując zagrożenie tyranią amerykańskich Big Techów, która właśnie się dzieje i buduje nam Nowy Wspaniały Świat. Dlatego dziś o szantażu na najwyższych szczeblach światowej władzy nikt ani beknie. Francuzi coś zaszemrali – chwała im za to! – ale natychmiast dodali, że to tylko spekulacje. Jasne! Polityka to grzęzawisko. Mętna ciecz, w której większe ryby pożerają mniejsze, nawet jeśli te mniejsze są lepsze, mądrzejsze i mają swoje prawa.

A co nam, maluczkim, daje taka wiedza? Szczerze mówiąc, poza zgrozą, niewiele. Czy świadomość, że NATO nie istnieje – w każdym razie nie w dotychczasowej kategorii wagowej – zmienia cokolwiek w mojej własnej egzystencji pracownicy najemnej, kobiety jakich tysiące, bez perspektyw ucieczki na Polinezję Francuską? NATO jest dziś jak Rolling Stonesi po targowicy Jaggera w latach 80.; okazało się wtedy, że Jagger to jednak nie Stonesi (część solowych koncertów musiał odwołać z powodu braku zainteresowania!). Ale Stonesi bez Jaggera to już też nie to samo. Ameryka to nie NATO, tylko czy NATO bez Ameryki to nadal NATO? Czy ta paralela mnie bawi? Ani trochę. Odkąd zaczęłam się nad tym wszystkim głębiej zastanawiać, wcale nie mam się lepiej. Mam się gorzej. Ale chyba wolę żyć i umrzeć bardziej świadoma. Pozdrawiam!

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przewijanie do góry