Latający Potwór Parówka
Wszyscy znamy siłę komunikatów podprogowych. Branża reklamowa figluje z nimi – i z nami – od lat, garściami czerpiąc ze zdobyczy psychologii, socjologii i kognitywistyki. Skomplikowane? Tylko pozornie. Wystarczy dobrać kolorki, nutę, barwę głosu lektora, tu i tam upchnąć jakiś milisekundowy apel do naszego konsumenckiego serca – i gotowe. Potrzeba się rodzi, a portfel otwiera. Podobno. Co jednak, jeśli w miejsce subtelnego przekazu podprogowego pojawia się otwarty komunikat, zuchwale uniesiony ponad próg?
Przyszła wiosna, a z nią ożywienie w tenisowym świecie: kalendarz pęka od turniejów, więc oglądam sobie kiedy mogę ten tenis, a z tenisem – to, co dookoła, czyli reklamy. I nagle, w środku dnia, jakby mało mi było nerwów przy występach Naszych, między jednym a drugim setem wjeżdżają… parówki!
Wjeżdżają około 19:00, czyli w porze najwyższej oglądalności dla naszych milusińskich. I o to chodzi – bo te parówki właśnie dla nich tu są! Odkąd daliśmy dzieciom nielimitowany dostęp do kablówki, a do rączek – smartfony, przekazaliśmy tym urządzeniom część rodzicielskich kompetencji. Zgodziliśmy się, że to one będą je wychowywać. Ten układ ma zalety: można wyrobić nadgodziny przy własnym laptopie albo porobić przy nim zupełnie co innego. Można pogadać na whatsappie czy w spokoju łyknąć trochę wina. W tym czasie – niejako w świecie równoległym – dzieje się proces wychowawczy, w którym my, chwilowo ale szczęśliwie, nie musimy brać udziału. Sprawy biorą w swoje ręce twórcy bajek, głupawych sitcomów i wyskakujących między nimi reklam.
Reklamy śledzę jak wszyscy: spod półprzymkniętych powiek, odliczając sekundy, albo zza ściany – z łazienki, bo to świetny moment na siku. A jednak tym razem szerzej otworzyłam oczy i nastawiłam uszu. „Skąd się biorą parówki?” To zdanie zakrzywiło mi czasoprzestrzeń. Zastygłam na kanapie, czekając na odpowiedź. Co spodziewałam się usłyszeć? Że biorą się z rzeźni, a dokładnie – ze świńskich pup, kurzych łapek i szczurzych ogonów? Nie, chyba nawet ja nie jestem tak naiwna. Reklamę zamówił w końcu producent, a wykreowali żyjący z jego zysków copywriterzy.
Nie, nie mogę uczciwie powiedzieć, że byłam zaskoczona, kiedy z ust rozkosznie kolorowego, animowanego szkraba usłyszałam: „Chyba rosną na drzewach!”.
Kiedy piegowata błękitnooka trzpiotka rzuciła: „A ja myślę, że przylatują z kosmosu!”, zrobiło mi się już zupełnie nieśmiesznie.
Wydawało mi się, że ordynarna ściema w reklamie dla dzieciaków jest równie odrażająca, co karalna. Można np. słono beknąć za zachętę typu: Poproś mamę, żeby ci to kupiła! Albo za latający pojazd kosmiczny z klocków (taki, który sam z siebie nie poleci). Tymczasem latające parówki mają się świetnie i są za friko! UOKiK nie ma do nich żalu, że jako kurze szczątki upchnięte w plastikowym flaku, są z natury mało lotne. Krajowa Rada Radiofonii i TV też się nie czepia. Być może sprawę wyjaśnia pojawienie się w ostatnim akcie dziwnego stwora, ni to kurczaka, ni bobra, który radośnie oznajmia, że „najlepsze parówki biorą się z (tu nazwa firmy)!”. No i super, tyle że dla bąbelków przed telewizorami animowane dzieciaki i kosmiczne wizje na pewno będą bardziej wiarygodne, niż dziwadło z marketingowym sloganem na ustach/dziobie.
Dzieci od zarania dziejów kochają parówki. Nie ma chrząstek i żył, nie widać tłuszczu, gryzie się łatwo, a glutaminian sodu (w parówkach z kosmosu podobno go nie ma) tak cudownie udaje wędzonkę! Rodzice też kochają parówki, bo kochają je dzieci. Sama prawdopodobnie nie odkarmiłabym mojego starszego dziecka, gdyby nie te uniwersalne odzwierzęce balaski… Owszem, ja też je jadłam i z braku laku bardzo mi smakowały, dlatego nie śmiałabym rzucić kamieniem w nikogo, kto karmi dzieci parówkami i sam je wcina. Nie w tym rzecz.
Chodzi o wybór. Jak możesz wybrać mądrze lub głupio, dobrze lub źle, zdrowo albo niezdrowo, jeśli nie masz wyboru? Dzieci go nie mają. Rodzą się i dorastają w świecie, który nie daje im szczerych odpowiedzi na proste pytania. Nie daje im nawet szansy zadania tych pytań. Bo wzrastają „w tradycji” – w świecie norm ustanowionych przez poprzednie pokolenia. Wychowują je rodzice, którzy wyrośli w systemie gwałcącym wolną myśl i inicjatywę. Wszystkich nas – urodzonych przed 1975 rokiem – przycinano za pomocą obróbki skrawaniem. To nie wymówka, to fakt. Wyrośliśmy wśród ołtarzy przemysłu, kwartalnych wskaźników wzrostu i planów pięcioletnich. Gdzie w tej kopalniano-hucianej magmie mieliśmy szukać empatii dla zwierząt?
Ale dziś nasz świat jest inny. Bardziej różnorodny i wyzwolony. Jeśli tylko chcemy, możemy dotrzeć do aktualnych wyników badań naukowych. Jeśli tylko chcemy, możemy posłuchać ludzi, którzy za swój wektor obrali uczciwość i wrażliwość. Nie tę sentymentalną. Tę elementarną, ludzką. A jednak nasze dzieci wciąż wzrastają w świecie starych norm. Rosnąc, dowiadują się, że człowiek je mięso, bo tak. Że człowiek czyni sobie Ziemię poddaną, bo ktoś mu tak polecił.
Trochę szkoda mi tu miejsca na udowadnianie, że ludzie przeżyli tysiące lat na diecie roślinnej. Że jesteśmy do tego zdolni, a nawet predestynowani. Że nasz przewód pokarmowy jest dostosowany do posiłków wege. A nawet gdyby tak nie było, mamy dziś technologiczne możliwości dostosowania i suplementacji.
Dzieciom nikt o tym ani piśnie. Jemy kotleciki, bo są smaczne i zdrowe. Jemy parówki, bo są tanie i wygodne. Jemy steka, gulasz i szaszłyki, bo od nich siła. Taki komunikat dostaje mały człowiek, budujący swoją kondycję i tożsamość. Nikt nie powie mu, że ten kotlecik to martwa krowa. Że te parówki to zmielone żywcem kurczaki. Że ten pasztet to wątroba gęsi, która umarła w bólu.
Być może w tym momencie ktoś się oburzy: jak można?! Co za brednie?! Rozumiem, że ta estetyka tłumaczenia gastronomii nie każdemu odpowiada. Pytanie: czy to nie jest prawda? Czy kotlet nie jest przypadkiem ciałem martwej krowy/świni/kury, która przeżyła swoje koszmarne życie w klatce/boksie, by na koniec umrzeć (tak – umrzeć!) w bólu? Krótkim, jeśli miała szczęście.
Co sprawiło, że my, Polacy, w dużej części chrześcijanie, staliśmy się tak obojętni na cierpienie? Czy winna jest „tradycja”? Czy może mamy to w tyle, bo zajmują nas inne problemy?
A wracając do maluchów: jakieś niepojęte zrządzenie losu sprawia, że czasem z mięsożernych rodziców wyrastają wegańskie dzieci. Takie, dla których jedzenie innych żywych czujących istot nie jest normą. Bo czują, że nie jest NORMALNE. To dzieci wychowywane przez rodziców przyciętych komuną, ale jednak czujących, w jakiś sposób wrażliwych. I przekazujących tę wrażliwość oczko dalej. A dzieci są mądre, i nawet bezrefleksyjnie karmione parówkami, budują własne normy. Bo dano im empatię. Bo spojrzały w oczy psa i zrozumiały, że ten pies – głaskany, przytulany, wyprowadzany na spacer i leczony kiedy trzeba – nie różni się tak bardzo od świni i krowy.
Foto: Fi Jones, Unsplash
Znam takie przykłady. Sama jestem takim przykładem. Do weganizmu skłoniło mnie moje młodsze dziecko, przez lata karmione „kotlecikami z chrupiącą skórką”. Mimo to okazało się mieć własny rozum i samodzielnie połączyło kropki.
To nie wstyd zrozumieć. To nie wstyd – poczuć. Nawet jeśli kiedyś się nie rozumiało i nie czuło. Nawet jeśli bezrefleksyjnie tłukło się kotlety i nosiło skórzany płaszcz. Rozwijamy się, ewoluujemy. Dojrzewamy. Czasem za sprawą naszych mądrych dzieci, którym kiedyś nie daliśmy wyboru, ale które same ten wybór odnalazły. I nie dały się nabrać na to, że parówki przylatują z kosmosu.
Ostatnio widziałam podobną reklamę makreli i doprowadziła mnie do szału! To jest dezinformacja i to, że takie reklamy są legalne pokazuje na jakim etapie zacofania jesteśmy w kontekście zwierząt i ich praw… Jak o „mięsie” mówi się ciało, to zawsze pojawia się oburzenie, mimo że to przecież niepodważalna prawda. Wydaje mi się, że takie reklamy mogą na to wpływać – większość ludzi w swoim życiu nie ma bezpośredniego kontaktu z procesem produkcji mięsa i chyba gdzieś tam wierzą w te bajeczki o parówkach z kosmosu, bo inaczej nie wyobrażam sobie jak wrażliwe, inteligentne osoby, nie mogą dostrzegać problemu w konsumpcji ciał zwierząt. Bardzo mądry i wzruszający post, będę wracała po więcej.
Dzięki za Twój komentarz, zgadzam się w 100 procentach: brak bezpośredniego kontaktu z procesem zabijania i UŻYWANIA zwierząt jak surowca ułatwia wyparcie. Bo przecież ci, którzy jedzą mięso, wiedzą, skąd pochodzi, nawet jeśli oszczędzono im drastycznych szczegółów. Ile razy czytałam: „mam prawo jeść mięso i jednocześnie kochać zwierzęta!”. Tę sprzeczność z niezrozumiałą dla mnie łatwością tak wielu ludzi przełyka. Kochają i zabijają – co z tego, że cudzymi rękami? Płacą za to w kasie hipermarketu. Jak dobrze dowiedzieć się, że ktoś czuje podobnie. Proszę, odwiedzaj stronę! „Uprane” zawsze z radością Cię przywita! Pozdrawiam 🙂