Pałac w buraczkach

Choć cenimy indywidualność (zwłaszcza własną!), jesteśmy jednak gatunkiem stadnym. Pomijając wariatów, osiedlających się w zapadłej kniei, z dala od metra i budki z kebabem, wolimy mieć za płotem sąsiada na dwóch nogach. I żeby mówił po polsku. Najlepiej z brytyjskim akcentem; to już chyba szczyt wykwintu! Stąd właśnie powodzenie podwarszawskiego Osiedla Konstancja – przylądka luksusu na odrolnionej glebie: tam mieszkańców z ich szczerym polem najsilniej wiąże pobliska amerykańska szkoła dla pociech o poszerzonych horyzontach.

Ta mieszanina stadności z indywidualizmem jest pewnie przyczyną popularności osiedli domów jednorodzinnych – dzięki deweloperowi nie trzeba użerać się z ekipą budowlaną, ktoś zadba o prąd w gniazdkach i o śmietnik, a jednocześnie mamy swój kawałek trawnika z tarasem, a czasem nawet marmurowe schody (w każdym razie „o wyglądzie identycznym z naturalnym”). Żyć nie umierać!

Popieram ideę podmiejskich osiedli, bo jak Polak bierze się za własnoręczne budowanie, to indywidualizm z miejsca bierze w nim górę nad instynktem stadnym i nie pozwala mu harmonijnie wtopić się w krajobraz. Nawet jeśli do płotu sąsiada ma trzy metry. Przeciwnie: co drugi rodak czuje potrzebę podkreślenia swojej odrębności. Przy mojej ulicy, obok kilku prostych kremowo-szarych domków, stoi dom niebiesko-różowy. Słowo daję! A dalej – miętowy z brązowym dachem, palce lizać. Jest też trzypiętrowy kolos, od pradziejów nieotynkowany i pokryty papą, za to z ornamentem betonowych tralek wokół tarasu i z pomalowanym na złoto lwem w przykucu. Nie kłamię! Zresztą sami się rozejrzyjcie… my, Polacy naprawdę potrafimy.

W deweloperskich osiedlach, jakie by nie były, rządzi jednak jakiś cień przestrzennego ładu. Oczywiście, każdy może mieć inne firanki, inny samochód i – co najważniejsze – inny ogród. To, że na potęgę sadzimy szpalery tuj, które nawet za trzysta lat nie rzucą upragnionego cienia (o dodaniu miejscu urody nie wspominając), to już inna rzecz. Ale cóż, kochamy tuje… Beze mnie. Ukułam nawet na własny użytek staropolskie przysłowie: „Tylko wuje sadzą tuje” czy jakoś tak.

Miłośniku tuj, nie gniewaj się na mnie! Wytęż wzrok i znajdź w tym zestawie ogród, w którym chciałbyś/chciała- wypoczywać w sobotę po pracy. Jeśli to ten, o którym myślę, to zauważ, że rośnie tam tylko zielsko rodzime, które w naszym klimacie czuje się doskonale: jakiś kasztanowiec, jakaś wierzba i setki dorodnych pokrzyw, których nie trzeba przycinać. Za to można z nich zrobić świetne i zdrowe pesto z kluską… 

Wracając do tematu osiedli: z tym ładem przestrzennym jednak nie zawsze się udaje. Choć na oko powinno –  przecież lepszy prosty domek w tujach, niż pałac w kapuście – to ostatnie zestawienie wydaje się całkiem niedorzeczne. Niemożliwe? Nie dla nas! Zobaczcie, co można znaleźć w pobliżu stołecznej metropolii. Omal nie skręciłam karku, tak mi się głowa odwinęła. Zjawisko tylko mi mignęło (jechałam pewnie za szybko :), ale wystarczył ułamek sekundy, by rzuciło na mnie urok. Czar był na tyle silny, że kilka dni później wróciłam w to miejsce z aparatem zorka pięć i zrobiłam kilka zdjęć. Żeby upewnić się, że to nie był sen.

Zdjęcia są trochę przeterminowane – potrzebowałam czasu na trawienie. Dziś paradną bramę przemalowano, pewnie pod wpływem skarg mieszkańców, na szlachetny odcień off white

TO NIE BYŁ SEN. Takie koszmary rzut beretem od centrum europejskiej stolicy ktoś buduje na jawie. Bramy raju w odcieniu spranych gaci mają chyba sugerować przekroczenie architektonicznego Rubikonu. Deweloper zaszalał: proponuje komfort i prestiż oraz „zielone otoczenie Kampinosu”. Tego „Kampinosu” wprawdzie nie widać – jak okiem sięgnąć buraki i perzyna, a do puszczy ponad trzy kilometry w linii prostej – ale już sama świadomość dobrego sąsiedztwa podnosi samoocenę. Idąc tym tropem uznaję z czystym sumieniem, że mieszkam u stóp skalistych urwisk Alp – w końcu to tylko dwie i pół godziny samolotem.

Najbardziej przekonuje mnie jednak stylizacja: idea dworkowej architektury, ukrytej za klasycyzującym portalem, dla którego inspiracją był chyba antyczny Partenon, w zielono-brązowym otoczeniu wschodzącej kapusty… to jest to! Pałacowy rozmach, ograniczony miedzą i rowem melioracyjnym. Zaśmieconym, bo cóż to by był za rów bez starych kubłów, wczorajszych gazet i dziurawych butów…

Zastanawiam się, komu przyszło do głowy, że Polak najlepiej regeneruje się w takim otoczeniu?! Pewnie jakiemuś oddanemu czytelnikowi rocznika statystycznego sprzed kilkunastu lat. Bo faktycznie długo grzeszyliśmy bezkrytycznym uwielbieniem dla dworków. Zapominając przy tym, że ten nasz staropolski symbol to nie tyle podłoga na gruncie, ściany i pokrycie dachowe, ile swoisty styl życia. Który w dodatku – co przykre także dla mnie, choć za dworkami nie przepadam – przeminął. Dworek bez alei lipowej i ronda na podjeździe nie ma sensu. Podobnie jak renesansowy pałacyk z wysuniętym, niczym dumna awangarda, garażem na dwa wozy, ukrytym za rolowaną bramą.

A można mieszkać tak… Ale żeby nikt nie myślał, że lubię tylko chatki Puchatka i domki Muminków – można też inaczej, jak niżej

Te zdjęcia (poza kadrem pionowym, autorstwa Andre Moralesa Kalamara) zrobiłam na przedmieściach Oslo, Oulu i Helsinek. Ładnie tam, kurczę…

Styl i proporcje warto dostosować do możliwości. Przestrzennych, finansowych i estetycznych. Zamiast sadzić betonową kolumnadę przy wejściu do domu, lepiej zainwestować w ładne ogrodzenie, nierażący śmietnik, projekt ogrodu i sadzonki drzew. Nakłady zwrócą się z nawiązką. Będziemy mieszkać w domu, który może nie wzbudzi zazdrości przechodniów, ale nagrodzi nas wygodą, funkcjonalnością i cudem obcowania z kawałkiem własnej przyrody. Tak jak nagradza inne, nieodległe geograficznie nacje. Na podmiejskich osiedlach Helsinek czy Kopenhagi nie widać wielkich inwestycji w prestiż, choć w garażach stoją audi i mercedesy. Widać za to wyobraźnię. Twórczą wizję, dzięki której we własnej okolicy da się SPACEROWAĆ! Można też przegonić dziecko na rowerku, czy samemu pojeździć na rolkach. To zdrowo! Wiem co mówię, bo próbowałam. Oczywiście nie we własnej okolicy; w końcu nie mieszkam w Finlandii. Rolki i rowerek muszę pakować do bagażnika i wywozić do… miasta. Czyli tam, gdzie da się na nich jeździć.

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przewijanie do góry