Sen-master

Wichry ze wschodu zrywają dachy z garaży, strącone talerze telewizji satelitarnych przelatują mi za oknem – znać, że idzie wiosna. Charakterystycznym znakom czasu, takim jak wynurzające się z roztopów psie kupy, towarzyszą mniej oczywiste jaskółki. Zebranie rady sołeckiej, która po zimie rozmroziła akumulatory. Ożywienie na okolicznych budowach…

No właśnie! Ponieważ dwie ulice dalej wyrasta nowoczesny deweloperski kompleks willowy (nie to, żeby „kompleks” miał coś wspólnego z zahamowaniami :), uznałam, że warto mu się przyjrzeć. W końcu sąsiedzi. Z zewnątrz nie widać wiele, poza tym, że ohyda. Ale co nie jest ohydne na etapie lania stropów i układania izolacji przeciwwilgociowej poziomej… ?

Foto: Assad Tanoli/Unsplash

Na szczęście żyjemy w XXI wieku i jest internet, a w nim – strona dewelopera. Na niej: tonące w kwieciu wizualizacje, poezja metafor, po prostu eden! Słowo honoru, trzy razy sprawdzałam, czy ta „Leśna Oaza” czy tam „Zielona Arkadia” – jak ją zwał – to na pewno ten sam bury betonowy lewiatan, wynurzający się z błota 200 metrów od mojego domu. Cóż, ani chybi prawda. Ale po uważnym obejrzeniu strony www poczułam ukłucie zazdrości. Szczęśliwi ci, którzy za jedyne 450 tysięcy (w kredycie 50/50) będą mieli rozkosz tu zamieszkać. Mój dom na żadnym etapie wyobrażeń nie wyglądał nawet w połowie tak idyllicznie, jak „Kryształowy Zdrój”, czy jak mu tam. Nie miałam pojęcia, że zaorane w ostrą skibę, porośnięte perzem i ostem pola za moim płotem to „rekreacyjne tereny zieleni”. Nie odgadłam też, że „bliskość komfortowej komunikacji” oznacza to wyszczerbione pobocze naszej przelotówki bez chodnika, której unikam jak ognia, żeby nie utonąć w guanie i nie zginąć pod kołami starego poloneza. A którą rozradowani użytkownicy komfortowej komunikacji brną codziennie kilkaset metrów do przystanku PKS bez wiaty. I mówią, że niewiedza uszczęśliwia… A przecież gdybym to wszystko wiedziała, żyło by mi się przyjemniej. O ileż!

Jakby tego było mało, wybrańcy losu, którzy wykupią segment w osiedlu Arkadia, Oaza czy Boski Ruczaj, będą mieć nade mną jeszcze jedną przewagę. Bo będą mieć Master Bedroom. Nowoczesny kompleks (no patrzcie, znowu on!), złożony z małżeńskiej sypialni, garderoby i połączonej z nimi łazienki. Deweloper bez kompleksów, prawdziwy światowiec.

Pałacowy rozmach: obfitość okien i drzwi, za łożem wielkie lustra, nad łożem orgazmotron, przed łożem – parkiet taneczny… Foto: Ikshana Productions/Unsplash

Ale po co o tym piszę?  Bo zajrzałam też w plany tych rajskich apartamentów. I faktycznie, znalazłam tam Master Bedroom w najlepszym współczesnym wydaniu. Sypialnia (czy może raczej wagon sypialny) o powierzchni 22 m2, obok otwarta 10-metrowa łazienka, a wszystko to spuentowane garderobą, taką na ok. 8 m. Razem prawie pół ara! Które szczególnie imponuje w zestawieniu z 400-metrową działką bliźniaczą i z 11-metrowymi pokojami dla dzieci.

Jak się dobrze przyjrzeć, Master Bedroom nie jest w naszej kulturze projektowej niczym nowym. Wiem o czym mówię, bo mam męczący dla domowników zwyczaj kupowania niepotrzebnych katalogów projektów gotowych. I rzeczywiście, już oferta sprzed 20 lat pokazywała, że w sypialni tęsknimy za tchnieniem potęgi. Łazienka była jeszcze wtedy najczęściej wspólna, garderoba – nieśmiała, ale już małżeńska sypialnia wyróżniała się zwykle rozpustnym metrażem. O dziwo ta tendencja z biegiem lat raczej się utrwala. Im więcej budujemy domów, tym częściej wybieramy sypialnię na miarę późnego Bizancjum. Czemu mnie to dziwi? Bo moje własne doświadczenia i obserwacja stylu życia znajomych dowodzą, że wielka sypialnia to głupota.

W sypialni rządzi nastrój, nie metraż.  Zdjęcia: Unsplash (autorzy od lewej, od góry: Julia, Freddy Rezvanian, Anne Nygard, Thanos Pal, Anes Mchayaa

Jasne, jeśli ktoś ma worek wysokich nominałów, dom rozmiarów dworca, a w dodatku cierpi na klaustrofobię i nie zaśnie w niczym mniejszym, niż hangar dla łodzi o napędzie rakietowym, to ja mu nie bronię, na zdrowie! Sęk w tym, że sypialnia wielkości Luksemburga z łazienką o rozmiarach myjni samochodowej bywają częścią 150-metrowego segmentu w szeregówce. I drapieżnie pochłaniają przestrzeń potrzebną na pokoje dziecięce, wspólną łazienkę, pralnię czy schody. Przejrzyjcie 20 projektów katalogowych, założę się, że nie znajdziecie żadnego, w którym pokój dla dziecka jest większy, niż królestwo snu rodziców. Przejrzyjcie 50 projektów – zobaczycie to samo! A teraz – jeśli macie dużą sypialnię – przyznajcie uczciwie, ile razy dziennie do niej zaglądacie. Raz – po czyste skarpetki. Raz albo dwa – w poszukiwaniu telefonu. Raz – po zostawione okulary (krople do nosa, gazetę). Raz – bo zabłądziliście. Góra raz w celach prokreacyjnych, gdy dziecko ogląda na dole bajkę. To wszystko!  Przypomnijcie sobie też, ile minut (minut!) w ciągu ostatniego roku spędziliście rozłożeni na stojącym obok łóżka designerskim szezlongu. A jak często – i jak długo – dumaliście nad urodą wiszącego na ścianie obrazu…? Odpowiem za was: ani razu.

A ile razy w tym samym czasie wasze dziecko zbudowało na podłodze: kolejkę, stadninę dla koni, wielopoziomowy garaż, małe Detroit? Ile razy zaprosiło koleżanki lub kolegów, wznosząc wspólnie z koców i zasłon: namiot, wigwam, igloo, willę dla Monster High, parkur dla mechanicznych chomików? Ile razy w swoim pokoju tańczyło, bawiło się w berka, chodziło po ścianach bądź wyraziło taką potrzebę?? Odpowiedź brzmi: WIELE.

Małe dziecko – mały pokój. Pokoje dziecięce, zrodzone z projektów gotowych, zwykle wyglądają jak cele w więzieniu o złagodzonym rygorze. Foto: Lisa Anna/ Unsplash

Bez obaw, nie atakuję tu nas – klientów branży budowlanej. Nie śmiałabym rzucić kamieniem, bo sama kiedyś myślałam, że najlepiej zrelaksuję się w łazience o powierzchni 18 m2, a sypialnia jak sala balowa jest koniecznym warunkiem naszego szczęścia rodzinnego. Dziś wiem, że to bzdura, że na dobrze zaprojektowanych i przewietrzonych dwunastu metrach śpi się fajnie i znacznie łatwiej się je sprząta. A dzieci potrzebują przestrzeni, bo w swoim pokoju nie tylko śpią, ale też bawią się ze zwierzętami, biją z kolegami, kują do kartkówek, odpoczywają, spotykają się z przyjaciółmi i wrogami, a nawet JEDZĄ. Oczywiście, wychowane w adaptowanej służbówce mokotowskiej kamienicy, wyrosną równie proste i szczęśliwe (może bardziej!). Ale jeśli mamy przestrzeń i wybór, podzielmy ją z sensem. Dajmy sobie spokój z Master Bedroom. Albo zaplanujmy to coś na miarę rzeczywistych potrzeb.

Podwieszany aneks sypialny – może nieduży, za to z jakim widokiem… Foto: Lisa Anna/ Unsplash

Dziwi mnie jedno: skoro ja wiedziałam o tym już rok po zasiedleniu domu, czemu architekci nie wiedzą tego po pięciu latach studiów i kilku dekadach praktykowania? Odpowiadają na potrzeby rynku? OK. Ja jednak zawsze myślałam, że architektura to sztuka wysoka, której zadaniem jest te potrzeby ujarzmiać i kształtować. Ale może chodzi o przelicznik autorskiego honorarium: procent od metrażu… ?

… i to jest spełnienie marzeń: miękki materac, ciepła kołdra, oszałamiająca panorama – i zero ograniczeń przestrzennych!  Foto: Patrick Robert/Unsplash

2 komentarze do “Sen-master”

  1. Dzięki za mądre refleksje. Super, że dzielisz się doświadczeniem i uświadamiasz potencjalnych nabywców co do realiów życia w domu.

    1. Dziękuję 🙂 Mam nadzieję, że czytelnicy nie wezmą moich porad całkiem serio 😉 Choć z tej porady warto chyba skorzystać… Pozdrawiam wiosennie!

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przewijanie do góry