Co nam popsuł Donald Trump

Wszczynanie wojen, porywanie prezydentów, gonienie imigrantów, kupowanie sędziów, szantażowanie uniwersytetów, opluwanie sojuszników – wszystko obrzydliwe, ale w tej czy innej formie już to przerabialiśmy. Nawet ubieranie się w namiot i nadużywanie solarium to jeszcze nie koniec świata. Wydaje mi się, że najcięższy grzech – grzech śmiertelny – rezydenta Białego Domu, to zupełnie co innego.

Poniżany i musztrowany na dywaniku Gabinetu Owalnego Zełenski kontra czerwony dywan, rozwijany na Alasce przed Putinem.

Ograniczenie wsparcia zbrojeniowego dla Ukrainy kontra zdjęcie sankcji z ruskich surowców.

Bredzenie o Pokojowym Noblu kontra skok na Wenezuelę i atak na Iran.

Wyjście z WHO, UNESCO, UNFCCC i innych struktur, które – choć labilne i nie zawsze pachnące – jednak czasem się przydają.

Skok na kasę ośrodków wspierających niezależne media i organizacje pozarządowe.

Otwarte układanie się z Big Techami.

Wojna celna z dotychczasowymi kooperantami i sojusznikami.

Strzały w Minneapolis.

Długo można by wymieniać zasługi 47. prezydenta USA, który od 45. prezydenta wiele się, jak widać, nauczył. Dziś działa znacznie swobodniej (za pierwszym razem przewidująco przerył amerykańskie sądownictwo) i na znacznie większą skalę. Ta skala poraża – Trump huśta łodzią o nazwie „Świat”, jakby matka, ojciec i natura nie wyposażyli go w zdolność myślenia abstrakcyjnego. Jakby nie miał wyobraźni.

Problem w tym, że kiedy wyobraźni nie ma wycofany nerd, który we własnej piwnicy próbuje wykopać własne krypto, świat nie ma z nim kłopotu. Ale kiedy wyobraźni rozpaczliwie brakuje prezydentowi globalnego mocarstwa, wyposażonemu w naprawdę niebanalne supermoce – wtedy świat ma problem.

Mimo to uważam, że wszystko, co do tej pory zdziałał w zakresie operacyjnym Donald Wielki, nie jest największym dramatem ludzkości. Amerykanie w ogóle się tym nie kłopoczą, dopóki w sikawkach jest benzyna, a w sklepach – tanie jajka. Większość akcji Trumpa jest odwracalna i pewnie prędzej czy później uda się zniwelować ich skutki. Nie dotyczy to oczywiście śmiertelnych ofiar ICE, trafionych zabłąkaną kulą Irańczyków i tysięcy Ukraińców, tracących domy, zdrowie czy życie, bo Trup zwinął amerykański parasol. Nad nimi możemy tylko płakać.

Ale cieśnina Ormuz kiedyś się odkorkuje, ceny ropy spadną, a Stany Zjednoczone powrócą (oby), jako najhojniejszy płatnik, do struktur międzynarodowych. Nawet z cłami nauczymy się jakoś żyć, choć po drodze wywołają tyle bankructw i depresji, że trudno je będzie policzyć.

Jest jednak coś, czego tak łatwo nie da się odkręcić. Co zostanie z nami na kolejne dziesięciolecia. Mentalność.

Wpływy Trumpa nie podlegają dyskusji: włada niepodzielnie i nieracjonalnie swoją częścią świata. I robi to w swoim specyficznym stylu. Jedni wiernopoddańczo go wielbią, inni ulegają urokowi jego sprawczości, całkiem spora reszta po prostu się go boi. A ponieważ jest tak bardzo omnipotentny, naznacza sobą każdy zakątek globu, który najedzie militarnie, zwizytuje gospodarsko, odwiedzi towarzysko lub choćby wskaże palcem na mapie. Wszyscy – chcemy czy nie chcemy – pozostajemy pod jego presją.

A co nam mówią rozliczne emanacje osobowości Donalda Trumpa? Otóż to, że mając na koncie zarzuty karne, można zostać prezydentem światowego mocarstwa. Że demonstrując rasizm, homofobię, mizoginię i ordynarny seksizm, można aspirować do roli duchowego przywódcy narodu. Że dyplomację można zastąpić wulgarnym językiem ulicznika. Że skomplikowane zjawiska można tłumaczyć prostą grypserą. Że można bezkarnie wygadywać głupoty. Że można kłamać przez okrągłą dobę: zacząć zanim otworzy się oczy, skończyć gdzieś nad ranem – i zostać wysłuchanym w pełnej nabożeństwa ciszy. Że można obrażać, poniżać, lżyć – i siedzieć wciąż na złotym fotelu w gromadzie zachwyconych pochlebców. Wreszcie, że można zerwać każdy traktat, podeptać każdą umowę i opluć każdą obietnicę. Bo moc jest z tobą – i szlus.

Co to robi naszej Mamie – zachodniej cywilizacji, wspartej na filarach antycznej filozofii, religii judeochrześcijańskiej i wartościach oświecenia? Cóż, robi jej duże kuku. Bo jak głęboko nie sięgałyby korzenie wszystkich wymienionych nurtów, jak wiele cennych i solidnych warstw nie przyrosłoby na pierwotnym fundamencie, filary demokracji niezwykle łatwo skruszyć. Ponieważ koniec końców cały ten bałagan opiera się na umowie społecznej.

Owszem, mamy państwowość zasadzoną na prawie. Mamy demokrację, w prostej linii opartą na równości wobec tego prawa. Mamy domniemanie niewinności i zestaw swobód obywatelskich. Racjonalizm, teoretyczny prymat nauki nad zabobonem i wreszcie poczucie godności. Ale to nie są RZECZY. Nie możemy włożyć ich do skrzynki, schować na dnie szafy i MIEĆ. Nie dano nam ich raz na zawsze. Wiem, to truizm. Kiedy grzebiemy w pryncypiach, zawsze docieramy do truizmu, tak oczywistego, że szkoda na niego bajtów. Ale truizmy są ze swojej natury niepodważalne – dlatego są takie groźne.

Porządek demokracji nie opiera się na sile. Zasadza się na tym, na co kiedyś się umówiliśmy. Że do pilotowania naszego okrętu delegujemy tych, których uważamy za najlepszych. Po to, żeby w naszym imieniu decydowali, w jaki sposób my – pasażerowie – możemy umawiać się między sobą. Na jakich zasadach możemy współistnieć na pokładzie, żeby statek nie poszedł na dno.

Oczywiście, takie uprawnienia mogą zaszumieć w głowie. Człowiek to nieszczególnie mądre stworzenie; władza nad innymi zwykle go upaja i demoralizuje. A siła – czynnik niby w demokracji mniej istotny – też robi swoje: w końcu rządy, powołane do administrowania państwem, mają do dyspozycji armie i służby.

Dlatego raz na kilka lat wymieniamy załogę na mostku. W teorii zapobiega to wyzwoleniu mechanizmu barbarzyństwa: rządzi ten, kto ma siłę – siłę ma ten, kto ma armię – armię ma ten, kto ją karmi, bo ma kasę. To oczywiście nasza, pasażerska kasa. Ale od chwili wyborów do końca kadencji kapitan robi z nią, co chce. Różne demokratyczne maszynki mają to śledzić i przeciwdziałać samowoli w rozrzucaniu obywatelskiego szmalu, żeby zapobiec nieproporcjonalnemu poszerzeniu władzy i zabetonowaniu układu.

I ten patent z grubsza działa. Począwszy od dolnego pokładu, na którym drobny przedsiębiorca stara się w terminie opłacać faktury, maturzysta próbuje nie ściągać (w każdym razie nie idzie na całość), a my wszyscy nie defekujemy na trawnik pod blokiem. Robimy tak, bo nam się opłaca. Bo w przeciwnym razie możemy beknąć. Ale także – bo istnieje społeczna umowa, zgodnie z którą tak się robić godzi.

W tym cudownie działającym werku są oczywiście pęknięcia obrośnięte rdzą. Bo jeśli kapitan z załogą mają dość tupetu, robią skok na media, na jeden i drugi trybunał – i demokratyczne automaty przestają nadążać. Znamy to z własnego podwórka: u nas skala tych działań niepokoiła, ale pozwoliła jeszcze zawrócić pociąg. Choć szyny wciąż są złe 😉.

W te delikatne ustrojowe struktury wkroczył z impetem jaskiniowca Donald Trump. Wlazł z drzwiami, wywalił framugę, naniósł błota, a słoma z jego butów zasłała podłoże. W kontekście wojny na Bliskim Wschodzie można dodać, że załatwił się na dywan w salonie.

Jak to zadziałało? Na wprost! Ci wszyscy – w Stanach i nie tylko – którzy podzielają jego obyczaje, ale dotąd trochę się z tym kryli, pomyśleli: Jest super! Moc jest z nami!!  Ci, którym dopiero chodziło to po głowie, stwierdzili: My też tak możemy. Come on!  A cała rzesza „moralnie niezdecydowanych” pokapowała się, że kłamstwem, chamstwem, brutalnością i zastraszaniem można dziś po prostu zyskać więcej. Co widać, jak na dłoni: przecież kłamca, cham i brutal lata własnym samolotem (nie płacąc za paliwo), dwa razy na tydzień gra w golfa, pije najdroższe alkohole, pali najlepsze cygara, kiedy chce wymienia meble, no i codziennie jest w telewizji. Kto by tak nie chciał…

Rezydencja Trumpa w Białym Domu ma jeszcze jeden aspekt: to pierwszy prezydent USA, któremu praktycznie nie zamyka się gęba. Aktywnością w komunikacji z narodem i światem wielokrotnie przebija poprzedników. A przy tym, jakby to ująć… Sokratesem raczej nie jest. Jak ktoś mało wie, a dużo gada – co chwila ujawnia swoją ignorancję. Jakże ważny to sygnał dla elektoratu! Hasło: „Gów.o wiem i co mi zrobicie?” otwiera wiele serc. Myślę, że w Stanach Zjednoczonych Ameryki pogłowie wyborców, którym ta myśl poprawia samoocenę, jest wyjątkowo liczne. W końcu to oni go wybrali.

Trump robi na ogromną skalę to, co Kaczyński robił u nas. Tyle że robi to jeszcze skuteczniej. Chamstwo podnosi głowę.

Albert Camus w „Dżumie” dał wyraz przekonaniu, że ludzie są raczej dobrzy niż źli. Chcę w to wierzyć. Sądzę jednak, że to zdanie wymaga rozwinięcia: ludzie są raczej dobrzy, ale mają swoje słabości. I tym słabościom, którym w Polsce 2015-2023 uchylono furtkę, w USA 2026 otwarto wrota na oścież.

Jest takie piękne pojęcie, trochę vintage: prawość. Uczciwość i szlachetność, postępowanie w zgodzie z przepisami prawa i wskazówkami etyki, nawet wtedy, kiedy nikt nie patrzy. Ta prawość właśnie została wielokrotnie zgwałcona. Są cesarze, którzy kodeksy tworzą i tacy, którzy je rujnują.

6 komentarzy do “Co nam popsuł Donald Trump”

  1. Większość ludzi po prostu chce sobie spokojnie żyć, zajmować się codziennymi sprawami, zadowalać się drobnymi przyjemnościami. Dopóki mogą to robić, zazwyczaj wybierają partie i polityków środka. W momencie, gdy czują się zagrożeni — choćby było to jedynie wrażenie — i kiedy sytuacja materialna się pogarsza, zaczynają popierać populistów. Dziś wielu zachodnich polityków powinno zastanowić się, co poszło nie tak, że ludzie wybierają skrajne i populistyczne opcje. Samo mówienie, że większość ludzi jest głupia i że wszystko to wina ruskiej propagandy, raczej nie jest żadnym wytłumaczeniem.

  2. Ha, to jest pytanie: co poszło nie tak? Owoc w raju był jednak mocno zatruty; pewnie pestycydy… A tak serio, Unia chyba za bardzo postawiła na igrzyska, zapominając o chlebie. A i te igrzyska coś nie takie :). Projektowanie restrykcyjnej polityki klimatycznej (w zamyśle bardzo zbożnej), gdy nad Europę nadciąga trująca chmura znad konkurencyjnych gospodarczo Chin… Jaki to miało sens? A przecież myślały nad tym tęgie, świetnie opłacane głowy! Wydaje mi się, że właśnie to wkurzyło ludzi.
    Ale nie zgodzę się do końca co do ruskiej propagandy. Myślę, że gdyby nie ona, nie mielibyśmy dziś problemu Donalda… A i Grzesiu B. nie byłby tak medialną postacią 😉 Dzięki za komentarz, pozdrowienia!!

    1. Dzięki 🙂 Też pozdrowienia! A czy mi się chce… To raczej forma wyładowania ciężkich emocji. Trochę pomaga. A komentarze poprawiają samopoczucie; nie jestem sama 🙂

  3. Co do Chin – gdzie dwóch się bije… Globalne zamieszanie? Chinom w to graj. Po cichu, dyskretnie podsuwają nam już nie tylko małe zabawki, ale i duże. Kto widział ostatnio w sklepie dla dzieci coś, co nie jest z Chin, ewentualnie z okolic? Reszta świata już tego nie produkuje, a przecież dziecku nie kupimy? Młodzi Amerykanie pytani czy kupiliby dajmy na to Omodę, odpowiedzieli, że spoko, bo ma sporo elektroniki… Młodzi Europejczycy są mniej ochoczy, ale to kwestia czasu, bo europejskie marki już nie mają pomysłu, jak chińską falę osłabić.

    1. Tak, to trochę przerażające. Ale wpakowaliśmy się w to wiele lat temu, efekt żaby podgrzewanej w garnku. Może jeszcze się nie ugotowaliśmy, ale już nie wyskoczymy 🙁 A co do Omody, myślę, że Europejczycy też się złamią. Zwłaszcza że dla Francuza czy Holendra samochód jest bardziej narzędziem do jeżdżenia, niż symbolem statusu, jak dla Polaka (stąd np. wielka popularność Dacii we Francji). A i u nas widać coraz więcej Jajców, Omod i innych. Volkswagen ostatnio zrobił gigantyczną obniżkę ceny któregoś swojego mini-suva – właśnie z powodu zalewu chińczyków. Jest też inna, zabawna strona problematyki importowej: ostatnio zastanawialiśmy się, jakie amerykańskie produkty możemy zbojkotować. Wyszła nam… tylko Cola 😉

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przewijanie do góry