Gorycz okradzionych
Jest noc – wyborcza noc bratanków Węgrów, noc szansy dla Europy, Ukrainy, a nawet Polski. Piszę nie znając werdyktu węgierskiego społeczeństwa. Wiadomo tyle, że frekwencja jest rekordowa. Światełko w tunelu migocze: lusta lemmingek w natarciu!
Zaledwie kilka dni temu Didżej Vance pofatygował swój zad nad Dunaj, żeby pomasować i poklepać po zadzie Viktora Orbána. Masując wykrzykiwał: „widzę jeden z najgorszych przykładów ingerencji w wybory, jaki kiedykolwiek widziałem lub o jakim kiedykolwiek czytałem”. Miał na myśli Unię Eu, która drapieżnymi mackami oplotła Budapeszt z przyległościami.
„… jaki kiedykolwiek widziałem lub o jakim kiedykolwiek czytałem”. Cóż, że Didżej Vance nie czyta, to mnie akurat nie dziwi. Zdumiało mnie tylko, że ma mętny wzrok.
Przez ostatnie lata Węgry stawały się coraz smutniejszą krainą: burą, biedną, obudowaną gipso-kartonem orbanowego reżimu, gdzie jedyny oddech dawał tani ruski gaz. A jednak w tej szaro-czarnej melasie propagandowego betonu uchował się Duch. Duch wolnego narodu, który wstydzi się za swój rząd-nierząd, który czuje się częścią Europy i, choć mu ciężko, ruskim gazem gardzi. Dawno żadne społeczeństwo nie wzbudziło we mnie takiego podziwu, jak potomkowie Madziarów. Ci ludzie, straszeni wszystkim, co się rusza, karmieni populistyczną papą, desperacko podłączani do kroplówek socjalu, nie chcą stać w jednym szeregu z Putinem. Co jeszcze bardziej imponujące, opierają się dwustronnemu naporowi Rosji i USA!
Raduje się moje serce, bo tak naprawdę nigdy nie mogłam w deprawację Węgrów do końca uwierzyć. Jestem z pokolenia, które jeździło z rodzicami na wczasy nad Balaton. Węgry były wtedy tą o włos lepszą wersją komuny. Był tam Imre Nagy, było węgierskie powstanie w 1956 r. i późniejsze Węgierskie Forum Demokratyczne. No i był Egri Bikavér! W tamtych czasach popatrywaliśmy na siebie nawzajem z sympatią i szacunkiem.
I oto znów patrzę na Węgrów z nadzieją. Bo gdyby nie ich demokratyczny zryw, który grubą krechą przejeżdża po komunistyczno-nacjonalistycznych zapędach orbanowskiej kliki, europejskie alt-prawicowe domino dostałoby nową dawkę dopalaczy i ruszyło ze zdwojonym impetem. Ta nadzieja jest jeszcze krucha: Orbán, na kilkanaście godzin przed ogłoszeniem oficjalnych wyników, w eleganckich frazach pogratulował zwycięzcy. Budząc tym głównie niepokój: co tym razem skręcił?
Krętactwa wyborcze to praktyki stare, jak same wybory. Próbuje każdy: jedni na miękko, kanałami mediów, inni na ostro – tygrysim skokiem na ustawy zasadnicze. A nam, zagubionym maluchom, prawi się z politycznej ambony: Udział w wyborach to obywatelski obowiązek! Nie głosujesz – nie narzekaj! Twój głos ma znaczenie!
Nie ma siły, żebym tej wyborczej nocy nie wróciła myślami do maja i czerwca sprzed roku. Do chwil, kiedy wielu z nas jeszcze wierzyło, że czarne jest czarne, a białe jest białe. Że spocony mięśniak o posturze nawalonego hormonami koguta, nawet owinięty w jedwabną satynę, nie staje się automatycznie mężem stanu. A jednak…
Nie zamierzam tu kontestować aktualnej polskiej prezydentury, która jest dla mnie równie abstrakcyjna, jak prezydentura Trumpa. Ale jednej rzeczy nie wybaczę – że zostałam okradziona. Przy okazji tamtego, zeszłorocznego procesu wyborczego dokonano kradzieży na miarę przyszłości Najjaśniejszej Rzeczpospolitej. W mętnych wodach ordynacji, przy wszelkich narzędziach, które mogły te wody oczyścić, zabrano mi możliwość powiedzenia: sprawdzam!
Teraz będą proste liczby i dziecinne pytania.
W naszym słowiańskim krajobrazie rozgościło się wtedy ponad 32 tysiące obwodowych komisji wyborczych. W drugiej turze ważny głos oddało blisko 20 850 000 rodaków. Różnica, jaka podobno dała Nawrockiemu wygraną – 369 591 głosów – była najniższą w wolnej Polsce. Na żyletki. Czy raczej na noże.
Istotna uwaga: jeśli w 40-milionowym kraju dwaj kandydaci na najwyższy urząd mijają się o trochę ponad półtora procenta (dokładnie 0,0167), ponowne przeliczenie głosów powinno odbyć się z zasady. Te 0,0167 to przecież ziarnko piasku. A do przechylenia szali wystarczy połowa tego + jeden głos. Ta połowa to osiem tysięcznych ogółu oddanych głosów! Zasada powinna zmienić się w żelazo, jeżeli jest cień podejrzenia, że wyniki zostały wypaczone. Powiedzieć, że w czerwcu`25 był cień podejrzenia, to jak nie powiedzieć nic.
Nie chcę się tu babrać w medialnym błocie tamtej kampanii; czas minął, mleko się rozlało i skisło. Przypomnę tylko kurioza natury formalnej. W wyborach prezydenckich 2025 Państwowa Komisja Wyborcza zarejestrowała absolutny rekord komitetów – 44. Można by pomyśleć: co za urodzaj kandydatów! Tyle że część komitetów nie zbierała nawet podpisów, niezbędnych żeby kandydat się zarejestrował. Ich przedstawiciele mieli za to swoje uprawnienia: mogli zasiąść w komisjach. Dzięki patologii systemu wyborczego, w naszej ojczyźnie, jak długa i szeroka, rozsiały się komisje wyborcze, w których zasiadali – wyłącznie lub w większości – członkowie komitetów reprezentujących nikogo. Czterem tysiącom komisji tacy właśnie Baśniowi Działacze Znikąd przewodniczyli! Większość z nich wywodziła się z prawicy. Skala zjawiska mogła wywołać gęsią skórkę, a ono samo powinno zostać gruntownie przegrzebane. Bo niby czemu miało służyć, jeśli nie dorwaniu się do koryta z głosami i do protokołów?
Przy tych wątpliwościach (którym towarzyszyły przecieki o specjalnych szkoleniach, jakie PiS fundowało swoim wyborczym ajentom) różnica między kandydatami okazała się na mecie homeopatyczna. I dlatego głosy powinny być przeliczone od nowa! To była moralna powinność PKW. I formalny obowiązek prokuratury.
Ta właśnie prokuratura woziła się z tematem na tyle długo, żeby ostygł. W końcu przetasowała karty wyborcze w wybranych… 250 komisjach (słownie: dwustu pięćdziesięciu na ponad trzydzieści dwa tysiące). I co się okazało? Za drugim razem liczydłom wyszło jakoś inaczej… Na 92 182 przeliczonych głosów Nawrocki dostał o 1538 za dużo, a Trzaskowski – o 1541 za mało (różnicę zrobiły 3 głosy nieważne).
Jak ocenić skalę tego przewału? Ile to w procentach? Otóż mniej więcej tyle, ile zabrakło demokracie do zwycięstwa.
Kawa z tamtego dnia dawno mi wystygła, ale do dziś nie rozumiem, czemu oskarżyciel publiczny zatrzymał się wpół kroku, jakby mu obcięło nogi. Czemu nie złożył (choć mógł) zawiadomienia o podejrzeniu popełnienia przestępstwa i nie zarządził (choć mógł) powtórnego liczenia. Oficjalne wyjaśnienie jest mętne, jak krupnik ze Środy Popielcowej: Sąd Najwyższy i Najgrubszy wziął pod uwagę przypadki, w których „wyniki znacząco odbiegały od średniej w regionie lub od wyników z pierwszej tury”.
Po pierwsze, co znaczy „znacząco odbiegały”? Przy tak minimalnej różnicy, która miała tak kolosalne znaczenie? Przy języczku u wagi wielkości jęzora lodowca Vatnajökull, który przesądził o kierunku, w jakim zmierza kraj?! A teraz po drugie i najważniejsze: „odbiegały od wyników z pierwszej tury”. Pierwsza tura – ze swoimi 44 komitetami kandydatów-zombie, z komisjami zapchanymi przez prawicę armią ciemnych typów znikąd – była wręcz książkowym inkubatorem przewałów. Kłębowiskiem żmij. Jakim prawem Sąd Najwyższy uznał to kłębowisko za punkt odniesienia?! Ano, prawem Manowskiej.
I tu właśnie mamy miejsce na suspens: w tym momencie cała na biało wkracza prokuratura, której nawet Manowska może skoczyć. Kurtynę podniesiono, czekaliśmy w napięciu… Prokuratura nie wkroczyła.
Do dziś zastanawiam się, o co poszło. Przecież koalicyjny rząd wiedział, co przyniesie prezydentura kamienicznika Nawrockiego – kolejne lata naparzania się kibolskimi kastetami, legislacyjnego paraliżu i więdnącego poparcia. Koalicja walczyła o wszystko! Jak to możliwe, że tak łatwo odpuścili? Że przesrali naszą nadzieję i zaufanie?
Nie mam dobrej odpowiedzi. Teoria cichej zmowy między KO a PiSem już do mnie nie przemawia: ze zgrzybiałego kaczora wylało się w ostatnich latach tyle żółci i fenolu, że skaził teren na wieki. Pewien trop podsunął mi członek rodziny, bardziej przenikliwy i lepiej kojarzący fakty. Być może kiedy my rzucaliśmy się jak kot w wannie, nasz rząd odebrał przyjacielskie wskazówki z zupełnie innego zakątka globu… Jesteśmy przecież wystarczająco uwikłani w amerykańskie bazy, a guziki od naszych rakiet i piloty od naszych odrzutowców migają figlarnymi kolorami na konsolach w Pentagonie…
Twój głos ma znaczenie