f.ck FAQ

Lubicie być przepytywani? Ja nie bardzo. Bo nie znoszę opowiadać o swoich przemyśleniach w formie quizu. Dzielenie się wolną myślą, gdy stoisz pod ścianą, a twój adwersarz mierzy w ciebie bronią ostrą – retorycznymi znakami zapytania – to nie rozmowa, to przesłuchanie.

W kwestii wiedzy ogólnej weganie cieszą się szczególnym traktowaniem. Zauważyła to psycholożka społeczna Melanie Joy, autorka m.in. mądrej książki „Ponad przekonaniami. Weganie, wegetarianie i mięsożercy przy jednym stole”, a przy tym – choć Amerykanka – kobieta niezwykle logiczna. To ona zwróciła uwagę, że mięsożercy (pod względem wiedzy sami dość zróżnicowani) oczekują od wegan znajomości ekonomii, historii naturalnej, biologii, chemii, patologii tkanek i politologii na poziomie co najmniej doktorskim. I to niezależnie od tego, czy ci weganie są śpiewakami operowymi czy szewcami. Możesz zawodowo sprzątać po domach albo macać kury – jeśli jesteś weganinem, wymaga się od ciebie wiedzy akademickiego omnibusa.

W dodatku zadawane nam, weganom, pytania mają zwykle wydźwięk retoryczny. Co z miejsca sugeruje, że pytający doskonale zna odpowiedź, a pyta nie po to, żeby czegoś się dowiedzieć, ale żeby docisnąć rozmówcę do ściany. Przykłady? Proszę bardzo.

A czy wiesz, ile milionów hektarów lasów wycina się pod uprawy tej waszej soi, którą jecie zamiast mięsa?

Ha, nie jestem akademickim omnibusem, więc choć logika podsuwała mi odpowiedź, najpierw sumiennie odrobiłam lekcję. To, czego się dowiedziałam z opublikowanych statystyk, trochę mnie powaliło. Owszem, spodziewałam się… ale nie aż tego!

Foto: James Baltz/Unsplash

Oto moja odpowiedź:

Drogi Przyjacielu (bo pytanie zadał Przyjaciel), ludzkość pozyskuje z upraw rocznie ponad 400 milionów ton soi (dane z sezonu 2024/25). Objętościowo to dobre ponad 200 piramid Cheopsa – tak dla rozbudzenia wyobraźni. Z tych 400 milionów prawie 80% trafia do hodowli przemysłowej – w postaci śruty sojowej, jako pokarm dla zwierząt. Ludzie zjadają bezpośrednio niecałe 10% soi świata – i nie są to tylko weganie. A nawet nie głównie; soja, jako kopalnia białka, pakowana jest do mnóstwa wysokoprzetworzonych produktów, bardzo często… mięsnych! Wcinasz sobie taki aromatyczny pasztecik i nawet ci się nie śni, ile rujnującej ci planetę soi właśnie wciągnąłeś. Bo nie czytasz składu – pasztet jest pasztet, i kropka.

To nie weganie są winni ruinie środowiska, karczowaniu milionów hektarów lasów i masakrowaniu gleby pestycydami pod gigantyczne sojowe fabryki. To nie oni! Ich wybór pozwala tylko pominąć jedno ogniwo w łańcuchu żywienia. Tylko i aż, bo to ogniwo – niedostrzegane i wypierane przez tzw. normalnych ludzi – to ogrom krzywdy i cierpienia. Cichego, odizolowanego ścianami chlewni, obór i ferm. Niewyobrażalnego.

Kolejne pytanie:

Skoro tak bardzo lubicie roślinne jedzenie i nienawidzicie mięsa, dlaczego nazywacie swoje dania mięsnymi nazwami? „Burger z buraka”, „paprykowy szaszłyk”, „stek z kalafiora”… Macie jakieś kompleksy? Czegoś wam brakuje?

Drogi kolego, nie brakuje nam niczego, poza słońcem i pieniędzmi, oczywiście. A nazwy? To tylko nazwy, i trochę się dziwię, że komuś przeszkadzają. Ale skoro mięsożercom imiona wegańskich potraw tak bardzo leżą na wątrobie, postaram się to wytłumaczyć. Otóż nie wszyscy spośród nas nie jedzą mięsa i białka zwierzęcego z powodów dietetycznych, czyli dlatego, że to zdrowo. Część – zaryzykuję nawet, że większość – nie je ich z powodów etycznych. Emocjonalnych. I lubienie czy nielubienie smaku mięsa nie ma tu nic do rzeczy. Sama jadłam mięso przez większą część życia, i choć nie rzucałam się na nie ze ślinotokiem, to jednak – pomijając traumę szkolnego gulaszu – zwykle mi smakowało. Aromat niektórych obiadów zapamiętam na zawsze. Dziś już nie wzięłabym ich do ust, bo wiem, co stoi za rumianym stekiem. Ale w pierwszych bezmięsnych latach ten stek nie raz budził we mnie romantyczną tęsknotę.

Foto: Karolina Kołodziejczak/Unsplash

Nie próbuję dowieść, że mięso jest mdłe i łykowate; to nie moja działka. Twierdzę tylko, że jest wynikiem cierpienia. A jak nazywam swojego grochowego kotleta, to nie twoja rzecz.

Jedźmy dalej (pytanie nr 3):

– A zdajesz sobie sprawę, jak potężne lobby stoi za wegańskimi hasłami? Masz pojęcie ile producenci soi zarabiają na twoim sentymentalizmie?

Uff, słyszałam to pytanie tyle razy, że aż boli. Po odpowiedź odsyłam do pytania nr 1 – tam wyjaśniłam, co z tą podłą soją, a można to też odnieść do produkcji wszystkich roślin wysokobiałkowych (głównie strączkowych), składających się na podstawę piramidy żywieniowej wegan. Skoro lobby sojowo-grochowo-fasolowe zbija miliardy głównie na paszy dla segmentu hodowlanego, to trochę nie ma o czym mówić. Ale pomówmy.

Mam wystarczająco dużo wiedzy o warunkach życia i umierania zwierząt, które ludzkość zjada lub wykorzystuje w inny sposób, żeby nie miało dla mnie kluczowego znaczenia, kto zarabia na oszczędzeniu im cierpienia. Czasem cel uświęca środki. Jeśli dzięki czyimś zyskom kilka cieląt czy świń uniknie swojego losu – nie mam nic przeciwko strączkowemu lobby. Inną sprawą jest etyka biznesu: to, w jaki sposób producenci pozyskują tereny pod uprawy, jak traktują środowisko, ile rozdają łapówek, ile praw i zasad łamią lub ignorują (dlatego staram się kupować od niewielkich etycznych firm, a soję, kiedy mogę, omijam dużym łukiem). Ale te względy powinny dotyczyć wszystkich przedsiębiorców, czyż nie?

I jeszcze jedno: nie handluję własnym sentymentalizmem i nikomu nie daję na nim zarabiać. Bo to nie sentymentalizm, ale po prostu świadomość. I wybór ścieżki najmniej dotkliwej dla tych, które nie zawiniły.

Numer 4:

– Mówisz, że leży ci na sercu dobro środowiska, a nosisz te buty i paski z pochodnych ropy naftowej. Jak to godzisz?

To pytanie dodaję do ulubionych. Zadają je zwykle osoby wyrobione, nieźle zorientowane w problematyce środowiskowej. Chodzi, rzecz jasna, o cichych zabójców przyrody – plastiki. Nie lubię tej kolorowej trucizny (kto z nas nie widział żółwia zamordowanego przez słomkę do napojów na dnie oceanu?) i kiedy mogę, wybieram co innego – jakieś włókna roślinne czy buty z drewna… Mniej więcej wiem, jak tworzywa sztuczne wpływają na kondycję Ziemi. Znam zasługi kolorowej trutki, płynącej nieprzerwanym strumieniem z Chin. Dlatego segreguję śmieci, kompostuję resztki, a zlew przetykam kwaskiem cytrynowym – też chemią, ale organiczną.

Foto: Naja Bertolt Jensen/Unsplash

Muszę się jednak przyznać do poważnego defektu: nie bardzo wierzę, że świat idzie ku dobremu. Myślę, że ludzkość jest zbyt chciwa, bezwzględna i głupia. Że idziemy nie w tę stronę, a wszystko skończy się źle. Dlatego nie mogę odeprzeć poczucia, że mój kwasek cytrynowy sypie się na marne. A tak przy okazji batalii o Zielony Ład i OZE-sroze warto zastanowić się, jak na stan środowiska wpływają wojny wzniecane przez Putina, Trumpa i Netanjahu. I już, z głowy. Opada wszystko.

Wracając do pytania: chciałabym nie używać plastiku, tyle że nie bardzo mam wybór. Tam, gdzie mam – wybieram. Ale jeśli wyborem jest przyszła zagłada Ziemi z powodu wydrenowania jej z surowców kontra ból i zagłada konkretnej, możliwej do wskazania palcem, czującej istoty, w dodatku tu i teraz – wybieram to pierwsze.

Natomiast mięsożerni uczeni, którzy machają mi przed oczami moim nielegalnym plastikiem z ropy naftowej, powinni wyguglować sobie odpowiedź na pytanie: ile gazów cieplarnianych emituje światowa hodowla zwierząt? Tyle w temacie, jak mawia moja prostoduszna znajoma.

Numer 5:

– Jak ty, taka miłośniczka zwierząt, czujesz się ze świadomością, że każdego dnia zdeptałaś setkę mrówek?

Cóż, z faktami trudno dyskutować. Świat zasiedlają rozmaite gatunki, w tym około miliona gatunków owadów. Te gatunki, choć współistnieją we wspólnych biotopach, miewają sprzeczne interesy. Mniej więcej tak wygląda moja relacja z mrówkami: jestem wobec nich jak Trump wobec Duńczyków – nie mają szans. Tyle że mrówki miały 300 tysięcy lat, żeby do tego przywyknąć. I pewnie przywykły…

Foto: Krzysztof Niewolny/Unsplash

Chciałabym nie deptać mrówek, po deszczu patrzę pod nogi i skaczę przez samobójcze ślimaki. Pająki i osy wynoszę z domu w szklankach. To oczywiście nie wystarcza; trup pod moimi stopami ściele się gęsto. Mimowolne deptanie owadów zaliczam do zjawisk naturalnych, przynależnych mechanice działania świata. Nie dlatego, że tak mi wygodnie, ale dlatego, że to po prostu nieuniknione. W odróżnieniu od jedzenia mięsa i chodzenia w futrze, którego MOŻNA uniknąć.

Jest kryterium, które ratuje mnie przed szaleństwem – to zdolność do odczuwania bólu. Naukowcy podejrzewają wprawdzie, że owady nie są jej pozbawione. Ale powściągliwa struktura ich układów nerwowych sprawia, że to inny ból, niż ból psa, świni czy nosorożca. Trudno też wyobrazić sobie żuka gnojowego, rozłożonego na kocu przed kominkiem i tęskniącego za pętem kiełbasy czy ludzkim przyjacielem. Tak, kryterium zmysłowo-emocjonalne jest w moich wyborach bardzo pomocne. Dzień, w którym nauka ustali, że ból, strach i tęsknotę mogą odczuwać rośliny, będzie moim ostatnim.

Foto: Liubov Ilchuk/Unsplash

Przypisy – źródła informacji:

  • FAOSTAT (baza danych FAO – Food and Agriculture Organization of the United Nations)
  • Joy M., Ponad przekonaniami. Weganie, wegetarianie i mięsożercy przy jednym stole, Wydawnictwo Marginesy, 2019
  • zasoby wiedzy mojego młodszego dziecka, które kształciło się w kierunku zagadnień poruszanych w tekście

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przewijanie do góry