Magia pod stopami
Najlepsze porady wnętrzarskie to te poparte praktyką. Zachwalanie okładziny ściennej z podświetlanego onyksu (owszem, niebrzydkiej), podczas gdy nigdy w życiu takiej nie dotykałam, ani nawet nie widziałam z bliska, nie byłoby całkiem fair. Wyobraźnia wyobraźnią, ale najcenniejszym kapitałem pozostaje osobiste doświadczenie.
W tym duchu przekazuję dziś garść wskazówek dla tych, którzy depczą gołe betonowe wylewki i zastanawiają się, co u licha najlepiej na nich ułożyć. My ten podniecający proces mamy już za sobą, mogę więc z czystym sumieniem przywdziać togę autorytetu. A przynajmniej drelich praktyka.
Podłoga – fajna rzecz. Kosztuje majątek, proces jej układania stawia dom na głowie i trwa lata świetlne, a przy wyborze nie możesz się pomylić. To znaczy, oczywiście możesz. Bo jeśli się pomylisz, możesz ją przecież wymienić. W kółko natykam się na historie młodych przebojowych ludzi, którym znudził się stary wystrój, więc – rach ciach – wymienili podłogi! Skuli stary gres, w salonie ułożyli piękną francuską jodełkę, w kuchni wylali żywicę epoksydową w rzucik, a w międzyczasie zdążyli się ładnie opalić. To dziecinnie proste: wynajmujemy projektanta wnętrz (za roczne przychody), który z kolei wynajmuje bezszelestną i bezpyłową ekipę (wartość trzech rocznych PIT-ów), i jeszcze jej pilnuje. Do tego koszt samych posadzek, oscylujący wokół wartości diamentu Koh-i-noor – i możemy spokojnie wyjechać na Barbados. Lekkość takiej procedury zawsze robiła na mnie wrażenie! Ale umówmy się, jeśli rano budzi was budzik, a nie pokojówka, i jeżeli – idąc dalej tym tropem – sami zakładacie sobie skarpetki, to wolta z wymianą podłogi robi się problematyczna. A z tego wynika, że trzeba ją wybrać raz na zawsze.
Foto: Jack Niles/Unsplash
My od początku byliśmy zgodni – będzie parkiet. Od urodzenia mam awersję do kafelków we wnętrzach mieszkalnych, bo nieodparcie kojarzą mi się z wystrojem garmażerii z PRL-u. Mam też naznaczoną przesytem niechęć do Prowansji (i wielkich płytek w karo, które są jej nadwiślańską interpretacją) – kiedy słyszę „wnętrze prowansalskie”, otwiera mi się w kieszeni grzebień sprężynowy. Surowe drewno ze swoim ciepłem, rysunkiem słoi i niehomogenizowanym kolorytem – to jest to! Dwadzieścia lat temu, kiedy wybieraliśmy odpowiedni gatunek, można było mieć dąb albo dąb. Ewentualnie buk parzony, który nam się nie podobał. Tak samo było z wyborem powłoki ochronnej: pancerny połysk albo nietrwały i wątły mat. Wrodzona skłonność do ryzyka kazała nam wybrać mat.
Pierwsze rany pojawiły się po pierwszej Gwiazdce – w miejscu metalowego stojaka z choinką nasza nieskazitelna podłoga nabrała wyglądu człowieka z blizną. Kolejny cios zadali znajomi, którzy od progu zachwycili się: „Jaka gładka! Czy to panele?”. Nie, cholera, to nie panele! Ale faktycznie, MIEJSCAMI była jeszcze gładka. Nawet za gładka, jakaś taka plastikowa. Może gdyby zamiast lakieru był olej… Ale nie było.
Niby widać różnicę, ale w moim odczuciu te wnętrza coś łączy… Foto górne: Aalo Lens Qis/Unsplash, dolne: Steven Ungermann/Unsplash
Była za to brawurowa przygoda z kominkiem, czyli napalenie drewnem iglastym. Każdy, kto tak napalił, WIE. Noworoczny pokaz fajerwerków w Singapurze to przy tym pikuś. Liczy się oczywiście wyłącznie spektakl z udziałem kominka otwartego – a taki właśnie mamy. Dębowa podłoga wystąpiła w roli drugoplanowej. Niezapomnianej – ślady wypalone na klepkach przeżyją nas i przetrwają Armagedon.
Sposoby na pancerną przytulność. Takie parkiety można niszczyć – dla nich to jak pieszczota! Czemu nie wpadliśmy na to wcześniej?
Ostatni akord odegrał pies. Psy były w naszym domu od zawsze. Ale niezapomniany drobny kundelek nie czynił posadzce szkody. Nawet do spółki z kotem, wiodącym i tak lwią część próżniaczego życia na grzejniku. Dzieła zniszczenia dokonał ich następca – swawolny czterdziestokilowy grubas o zaniedbanym pedikiurze. W pół roku zrobił z parkietu miazgę, posiekał go jak psychopatyczny zabójca ofiarę, a pod lakier wtarł tony błota i wolę nie myśleć czego jeszcze.
Niezależnie od tego, jak kochacie swojego psa, od nie kocha waszego parkietu. Foto: Den K. Nndcoywu/Unsplash
Od pewnego czasu nie lubię mieć gości. Bo wtedy wypada, żeby dom nie wyglądał jak obora w czasie tuczu bydła na śrutach i słomie, a tego już niestety nie potrafię dokonać. Zaczynam też rozumieć koleżankę, która zaprosiła mnie kiedyś na Sylwestra z komentarzem: „Tylko nie załóż jakichś szpilek, bo mi parkiet porysujesz!”. Wtedy uznałam ją za socjopatkę, dziś czuję, że jest mi bliska. Mąż z zimnym inżynierskim profesjonalizmem co kwartał zamawia w internecie kolejne zaawansowane urządzenia czyszczące: mop rotacyjny, mop parowy, froterka nowej generacji… Maszyny nie mieszczą się już w przestrzeni, a na parkiecie – oprócz rys po pazurach, przypałek od kominka i dziur po szpilkach – pojawiają się kolejne warstwy efektów: plamy po parowym mopowaniu i smugi po profesjonalnym froterowaniu. Można powiedzieć, że nasza posadzka nabiera trójwymiarowego uroku…
Ja w tym samym czasie – w proporcji odwrotnej – tracę urok. Mój zrównoważony do niedawna wizerunek obciąża kompulsywne kopanie odkurzacza, łamanie mopa i furiackie wyrywanie kabli z gniazdek. I coraz częściej zastanawiam się, po co mi to było? Czy nie lepiej wykafelkować dom od stóp do głów, w ogrodzie zamiast trawy wylać beton, ale za to ocalić związek, zachować przyjaźnie, szacunek dzieci i miłość zwierząt domowych? Pewnie lepiej… Pytanie: czy nasz dom po wykafelkowaniu będzie nadal naszym domem? Sama nie wiem.
Posadzka tworzy z aranżacją system naczyń połączonych. W takim wnętrzu brud jest jak szlachetna patyna! Foto: Tsuyoshi Kozu/Unsplash
Ach te podłogowe perypetie… uśmiałam się do łez🤣
I o to chodziło 🙂 Bardzo się cieszę, pozdrowienia!!!